
Przyjaźń to coś między prywatnym spa dla mózgu a najlepszą lekcją rozwojową w wersji „życie na żywo”. Psychologia i neurobiologia są zgodne: dobrzy ludzie nam służą - dosłownie. Mózg w towarzystwie sensownych przyjaciół wydziela więcej oksytocyny (tej od „czuję się bezpiecznie”) i serotoniny (tej od „świat nie jest taki zły”). A w relacjach toksycznych - kortyzol tańczy kankana.
Czy powinniśmy kierować dzieci (i siebie) ku przyjaźniom?
Tak. Ale nie jak do muzeum, gdzie „to wolno, tamtego nie wolno”. Raczej jak do ogrodu: pokazujemy, jak rośliny rosną - i jak rozpoznać chwasty.
w takich relacjach buduje się bezpieczny styl przywiązania - czyli wewnętrzny zapis „jestem OK i ludzie są OK”. Neurobiologia dodaje: wtedy układ nerwowy się reguluje, a mózg uczy się, że świat to nie ring.
Mózg w takich relacjach częściej uruchamia tryb alarmowy - czyli kortyzol + napięcie + nadmierne analizowanie = mało miejsca na radość i rozwój.
Jak najbardziej i to bez poczucia winy. To nie selekcja do drużyny olimpijskiej, tylko rozsądna troska o zdrowie psychiczne.
Lżejszy? Spokojniejszy? - to dobry znak.
Cięższy niż przed? - warto się zastanowić.
Jeśli ciągle masz włączony „tryb autoprezentacja 3000” - to raczej nie jest Twoje plemię.
Przyjaźń to nie jest jednostronna infolinia emocjonalna.
Delikatnie. Bez tekstów w stylu: „Z Kasią się nie baw, ona jest zła.”
Lepiej: „Zauważyłam, że po zabawie z Kasią czujesz się smutna. Jak myślisz, czemu?”
Czyli buduje mądrą autonomię, nie lęk.
Nie muszą być „naj”, „wow” ani „z Instagrama”. Wystarczy, że są prawdziwi - i pomagają nam być prawdziwymi.
A mózg? Śmieje się razem z nami i odkłada stres na półkę. I o to chodzi

Autor:
Psycholog
W Mózgotece zmieniamy sposób, w jaki młodzi ludzie odkrywają swoje możliwości.